Podpisujcie! Nie pozwólmy, by ograniczano nam dostęp do Internetu!
PETYCJA
poniedziałek, 27 kwietnia 2009
Protest przeciwko Pakietowi Telekomunikacyjnemu
niedziela, 26 kwietnia 2009
Jedynie słuszna odpowiedź
Choć z homofobią nic wspólnego nie mam i szczycę się brakiem uprzedzeń w tej kwestii, to jednak posunięta do granic absurdu poprawność polityczna wkurza mnie niemożliwie. W USA odbywały się wybory miss (stanu, czy kraju, nieistotne). Prowadzący całe widowisko facet (notabene gej)zapytał jedną z faworytek co sądzi ona o małżeństwach homoseksualnych. Dziewoja szczerze odpowiedziała, że jej zdaniem małżeństwa powinny być zawierane między mężczyzną a kobietą, tak została wychowana i takie ma na ten temat zdanie. Wtedy zawrzało. Dziewczyna przez prowadzącego nazwana głupią suką, wybuchła afera, zażądano przeprosin, wybory przegrała. No na litość bogów, jeśli facet się jej pyta, jakie jest JEJ ZDANIE to dlaczego ona ma odpowiadać zgodnie z jego przekonaniami? Tym bardziej, że w mojej opinii jej zdanie nie zawierało żadnych obraźliwych treści. To, że tak sądzi, nie znaczy, że będzie podkładać bomby pod gejowskie knajpy. Tacy ludzie, jak wymieniony prowadzący są zwyczajnymi chamami, którym się ubzdurało, że cały świat ma mieć jedynie słuszny światopogląd, a jak ma inny to niech się z tym światopoglądem schowa w domu. A jak temu panu pewnie niejeden raz mówili, że ze swoją orientacją ma się schować? Teraz nie musi, i bardzo dobrze, ale dlaczego zmusza ludzi, żeby myśleli tak jak on? Tacy ludzie właśnie umacniają w innych homofobię, bo o takich krzykaczach słychać najgłośniej i uważają się za reprezentatywnych dla całej reszty. Uważam, że pytanie do tej nieszczęsnej, acz szczerej dziewoi powinno brzmieć: "Powiedz, co należy sądzić w kwestii małżeństw homoseksualnych", bo, jak widać, własne zdanie nie jest jednak w cenie.
Najciekawsze jest to, że wypowiedzią tej dziewczyny były oburzone rzesze ludzi (nie tylko homo), a małżeństwa homoseksualne są zalegalizowane tylko w kilku stanach.
Żeby nie było - jestem też za legalizacją, ale wynika to wyłącznie z moich własnych przekonań, nie z ogólnie dominującego trendu pt.: mówmy wszystko tak, byle nie urazić gejów. Robienie nie wiadomo jakiej ideologii z tego, z kim się lubi sypiać uważam za kretyńskie i nic na to nie poradzę. W końcu to, czy lubię facetów, baby czy jedno i drugie, nie czyni mnie lepszą ani gorszą od reszty. Dotyczy to także uroczego prowadzącego wybory miss.
czwartek, 9 kwietnia 2009
środa, 8 kwietnia 2009
poniedziałek, 6 kwietnia 2009
Nuda nad rozlewiskiem
Przeczytałam wszystkie trzy części "Rozlewiska" Kalicińskiej i uznałam trzecią część za kompletną stratę czasu. Mam wrażenie, że autorka dopisała trzecią część na prośbę wydawcy, a poza tym trylogie są zawsze modne.
Fajny, ciepły klimat części pierwszej troszkę był widoczny w "Powrotach", ale "Miłość nad rozlewiskiem" mnie rozczarowała dogłębnie. Poczynając od narracji. Jeśli narratorami są dwie różne osoby piszące coś w rodzaju pamiętnika, to może warto zmieniać styl? Paula i Gośka "brzmią" jak jedna osoba, identyczny styl, czasami się wręcz mylą. To pierwsza wtopa, ale jeszcze to dałoby się znieść. W "Miłości" moralizatorski ton jest dla mnie szczególnie drażniący. Niby bohaterowie zmagają się z rozmaitymi grzeszkami (alkoholizm, romanse, niechciana ciąża - pamiątka z wakacji etc.). Mimo to jest wyraźnie zaznaczone - każdy człowiek robiący karierę traci to, co najważniejsze, singli nie ma, a jak ktoś nazywa siebie singlem, to jest to wygodna wymówka. Każdy bowiem, wg Kalicińskiej, marzy o związku (formalnym bądź nie), marzy o miłości, marzy o rodzinie. Nie ma samotnych z wyboru, są samotni z konieczności, ukrywający ten frustrujący fakt "nowoczesnymi" teoriami.
Paula - wydawałoby się postać złożona, artystka, oryginał, troszkę ekscentryczna. Na wiadomość o ciąży reaguje tak, jak zareagowałaby większość kobiet w jej sytuacji. Zaskakująco jednak szybko przechodzi nad tym do porządku dziennego, widząc jakieś gniazdujące łabędzie (sic!) dostrzega w swej ciąży dar losu. To nie jest tak, że koniecznie powinna była usunąć ciążę i wtedy książka byłaby boska. Nie, choć przydałaby się jakaś pozytywna bohaterka, która po aborcji żyje i o zgrozo ma się dobrze ;) W każdym razie łabędzie, słowa Gosi o darze losu od razu niemal zmieniają zdanie Pauli na wymieniony temat. No nie wiem, jakoś mnie to odrzuciło, za ckliwie, za szybko, za łatwo.
Poza tym - z Oresta mogłaby autorka uczynić istnego mistrza drugiego planu. cały czas spodziewałam się, że coś z niego wyjdzie, a tymczasem żadnego trupa w szafie nie posiadał. Posiadał go za to Sławek, w postaci nieślubnego kilkuletniego syna, o którego istnieniu się dowiedział. Oczywiście skoro Sławek jest kiepski w roli taty i sobie nie radzi, a Paula urodzi dziecko żonatego Francuza, to z pewnością warto połączyć ich w tkliwą rodzinkę, od razu dzieciaki w komplecie ;)
Całość jest przesłodzona, zbyt jednoznaczna, za mało tej pierwotnej wiedźmowatości, którą przejawiała Basia w "Domu". Wszystko jest pisane jakby na siłę, bez specjalnie oryginalnej koncepcji. Nie polecam.
czwartek, 2 kwietnia 2009
Odgrzebałam felietonik ze starej "Zadry". Jakiż prawdziwy! Pamiętam do dziś, jak w szkole postrzegano chłopców i dziewczynki, jak bardzo ograniczano, jak tłamszono zdolności i chęci. Oczywiście, byłyśmy częściej chwalone, bo my byłyśmy te grzeczniejsze, miałyśmy lepsze oceny, nie plułyśmy przez ramię (ekhm, takie koleżanki też bywały). Teoretycznie bycie dziewczynką się bardziej opłacało. Ale to chłopcy mieli przywilej bycia łobuzami. Dziewczynka- łobuz była fe.
We wspomnianym felietoniku jest rozkoszny cytat:
Natomiast Marta B., laureatka ubiegłorocznej olimpiady polonistycznej, oświeca czytelników "Rzeczpospolitej":Właśnie - nie powinna, ale głosi. Bywałam na olimpiadach przedmiotowych i jakoś widziałam tam głównie dziewczyny, pewnie wszystkie miałysmy męskie umysły ;) Te spory o wyższość umysłu męskiego nad kobiecym i odwrotnie (odwrotnie rzadziej) są już tak nudne, że się nie da tego czytać. Co pół roku jakiś naukowiec ogłasza nową tezę o "wyższości" i większych zdolnościach męskich. Zazwyczaj męskich. Jestem ciekawa, jak oni to mierzą. Tyle przecież zależy od predyspozycji osobniczych, od wychowania, środowiska. A kobiety "nie powinny", ale głoszą. Bo oni są taaacy mądrzy i tyyyyle potrafią. My też potrafimy, tylko chciejmy potrafić, do cholery.
"Jako kobieta nie powinnam głosić tez na temat wyższości umysłu męskiego, ale udział w olimpiadach wymaga zdolności syntetycznych, a kobiety są z natury analityczkami". Nie powinna, ale głosi. Zawsze taka sama. Mam cię spryciaro!
PS Robiłam sobie kretyński moim zdaniem test na płeć mózgu - jestem jakąś supersamicą 120% normy, bo mózg "wyszedł" mi kobiecy całkowicie :D Testy te są debilne i pachną tanią psychologią rodem z poradników, ale z nudów można się pobawić ;)
środa, 25 marca 2009
Ech, dziś w "Forum" był artykuł o Facebooku i o serwisach społecznościowych w ogóle. Serwisy społecznościowe wywołują we mnie lekki dół... Nawet swojska nasza klasa. Najpierw widzimy masę dawno niewidzianych znajomych, super, fajnie, mamy kontakt! Znajdujemy też obecnych znajomych - też fajne. Tylko ani się obejrzymy, a o ślubach, rozwodach, narodzinach i chrzcinach dowiadujemy się widząc zmianę opisu czy statusu, czy jak to tam nazwać... Na urodziny dostałam jakiegoś wirtualnego balonika z bezosobowymi życzeniami. Żadnego niemal telefonu, tylko e-kartki, baloniki, wirtualne prezenty. O urodzinach wszyscy wiedzieli nie dlatego, że mają zapisane w kalendarzu, ale dlatego, że wyskoczył im mail z przypomnieniem z serwisu społecznościowego. Nie ma więc się z czego cieszyć, że tak wszyscy pamiętają. O zdanej maturze kuzynki dowiaduję się z foty z pomaturalnej biby. Piszę tu rzeczy, które mogłabym omawiać przy lampce wina w miłym towarzystwie, ale o ileż wygodniej to czytać, niż o tym rozmawiać. Rozmawiam z kimś, kto jest blisko, przez jakieś gadu gadu, tlena, skajpa, zamiast iść do parku, wyjść z domu. Takie błędne koło - siedzę w sieci, bo tam są moi znajomi, oni tam są, bo jestem tam ja... Poznaję nowych ludzi i mam ich na liście jako "przyjaciół" a tak naprawdę ciężko nazwać ich znajomymi. Brzmi to wszystko jak słowa zafrasowanej emerytki, ale ostatnio wyjątkowo silnie dostrzegam tą powierzchowność kontaktów przez internet, to złudzenie, że jestem dla innych kimś ważnym, ale jak mogę być kimś ważnym na liście kilkuset "przyjaciół"? Czy to się w ogóle da jakoś zmienić? Czy już zawsze będę dostawać baloniki urodzinowe opłacone za pomocą smsa?
Musiałam, no ;)


